Dlaczego stworzyłam Psiemiany? Odpowiedź nie zaczyna się od pomysłu na biznes, ale od psów, których nie potrafiłam przestać obserwować.

Od początku mojej pracy jako groomerka bardzo głośno mówiłam o tym, że pies zasługuje na szacunek. Mówiłam o tym klientom podczas wizyt, mówiłam o tym w mediach społecznościowych i mówię o tym do dziś. Nie dlatego, że uważam się za osobę, która znalazła jedyny właściwy sposób pracy z psami. Po prostu przez lata widziałam zbyt wiele sytuacji, z którymi zwyczajnie nie potrafiłam się pogodzić.
Pisząc ten artykuł, nie chcę nikogo przekonywać, że mój salon jest najlepszy ani udowadniać, że tylko moje podejście ma sens.
W groomingu poznałam wielu fantastycznych ludzi – groomerów, lekarzy weterynarii, behawiorystów i szkoleniowców, od których sama nauczyłam się bardzo dużo. To właśnie dzięki nim wiem, że ten zawód można wykonywać mądrze, z ogromnym szacunkiem do zwierząt i z nieustanną chęcią rozwoju.
Poznałam jednak również drugą stronę tej branży. I to właśnie ona sprawiła, że kilka lat temu postanowiłam stworzyć Psiemiany.
Najbardziej boli mnie to, że wiele zachowań, które dzisiaj uważa się za normalne, wcale normalne nie jest. Przyzwyczailiśmy się do psów, które trzęsą się na stole, do psów próbujących uciekać od suszarki i do psów, które po powrocie do domu przez dwa dni dochodzą do siebie. Bardzo często słyszymy wtedy: „On po prostu taki jest”, „Każdy pies się boi” albo „Musi się przyzwyczaić”. Ja coraz częściej zadawałam sobie jednak jedno pytanie.
SKĄD WŁAŚCIWIE WIEMY, ŻE TAK POWINNO WYGLĄDAĆ?

Dlaczego uznaliśmy, że pies po pielęgnacji ma być wyczerpany? Dlaczego tak łatwo zaakceptowaliśmy, że stres jest nieodłącznym elementem groomingu? I dlaczego tak rzadko zastanawiamy się nad tym, co czuje pies przez kilka godzin, kiedy zostawiamy go w salonie?
To właśnie wtedy zaczęłam patrzeć na ten zawód zupełnie inaczej. Przestałam skupiać się wyłącznie na fryzurze. Coraz bardziej interesowało mnie to, dlaczego jeden pies pozwala się suszyć spokojnie, a drugi wpada w panikę, dlaczego jeden chętnie podaje łapę, a drugi wyrywa ją przy każdym dotyku, dlaczego jeden wychodzi z salonu spokojny, a drugi przez kolejne dni chowa się pod stołem. Im więcej pytań sobie zadawałam, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że samo strzyżenie jest tylko niewielką częścią tego zawodu.
Dobry groomer powinien oczywiście rozwijać swoje umiejętności techniczne. Powinien szkolić się z technik strzyżenia, poznawać nowe kosmetyki i uczyć się pielęgnacji różnych typów szaty.
Z mojego punktu widzenia to jednak wciąż za mało. Groomer bardzo często jest pierwszą osobą, która ma okazję dokładnie obejrzeć całe ciało psa. Dotykamy skóry, oglądamy uszy, łapy i pazury, obserwujemy sposób poruszania się oraz reakcje na dotyk. Często jako pierwsi zauważamy zmiany skórne, bolesność, guzy czy sygnały przewlekłego stresu.
Nie oczekuję od groomerów stawiania diagnoz. To nie jest nasza rola. Uważam jednak, że naszym obowiązkiem jest umieć zauważyć niepokojące sygnały i powiedzieć właścicielowi: „To warto skonsultować z lekarzem weterynarii” albo „Myślę, że dobrze byłoby porozmawiać z behawiorystą”.
Właśnie dlatego zaczęłam rozwijać się również poza groomingiem. Coraz więcej czasu poświęcałam szkoleniom z zakresu zachowania psów i konsultacjom z behawiorystami. Zależało mi również na tym, aby cały nasz zespół lepiej rozumiał problemy, z którymi możemy spotkać się podczas pielęgnacji, dlatego wspólnie uczestniczyliśmy w szkoleniu z dermatologii. Nie po to, by zastępować specjalistów, ale po to, by wiedzieć, kiedy potrzebujemy ich pomocy.
Do dziś współpracujemy z behawiorystami przy trudniejszych przypadkach. Zdarzało się, że wspólnie analizowaliśmy zachowanie psa, planowaliśmy dalszą pracę, a nawet prowadziliśmy wizyty razem. Nigdy nie odbierałam tego jako oznaki niewiedzy. Dla mnie świadomość własnych ograniczeń jest jedną z najważniejszych cech dobrego specjalisty.
Po raz pierwszy poczułam wstyd.
Kiedy trafiłam do swojego pierwszego salonu, bardzo szybko okazało się, że to, co wcześniej było jedynie przeczuciem, tutaj jest codziennością. Liczyło się przede wszystkim tempo. Im szybciej, tym lepiej. Kolejny pies, kolejny klient, kolejna usługa. Nie było czasu na zatrzymanie się i zastanowienie, dlaczego pies zachowuje się w określony sposób ani czy to, co robimy, jest dla niego w porządku.
Zaczęłam widzieć rzeczy, z którymi zwyczajnie nie potrafiłam się pogodzić: zatajanie przed właścicielami skaleczeń, bagatelizowanie zachowania, Coraz częściej miałam poczucie, że pies przestaje być żywym zwierzęciem, a staje się kolejnym punktem w grafiku.
Coraz częściej czułam, że nie chcę pracować w takim miejscu. Nie wiedziałam jeszcze, co zrobię dalej, ale z każdym dniem utwierdzałam się w przekonaniu, że nie taki grooming chcę współtworzyć.
Jedna z wizyt szczególnie zapadła mi w pamięć. Do salonu trafił maltańczyk z bardzo mocno skołtunionymi uszami.
Groomerka od razu powiedziała, że najlepszym rozwiązaniem będzie zgolenie uszu. Wyjaśniła, że rozczesywanie będzie dla psa bardzo bolesne. Właścicielka nie zgodziła się jednak na takie rozwiązanie. Mimo że znała konsekwencje swojej decyzji, zależało jej przede wszystkim na zachowaniu długich uszu. Ostatecznie groomerka uległa i zabrała psa na zaplecze.
Miałam nadzieję, że jeszcze wróci do właścicielki i odmówi wykonania zabiegu. Że uzna, iż są granice, których nie powinno się przekraczać. Tak się jednak nie stało.
Pies wyraźnie pokazywał, że odczuwa ból, a mimo to rozczesywanie było kontynuowane. Najbardziej zapamiętałam jednak nie sam zabieg, ale słowa groomerki, która przez cały czas powtarzała, że to nie ona ponosi za wszystko odpowiedzialność, tylko właścicielka psa.
Po raz pierwszy poczułam wstyd, że pracuję w miejscu, w którym coś takiego jest akceptowane.
Patrzyłam na to z ogromną bezsilnością. Pracowałam tam zaledwie półtora miesiąca. Byłam nowa i jedyne, na co było mnie wtedy stać, to ciche pytanie, czy nie można zrobić tego trochę delikatniej. Usłyszałam, że przecież to nie jest jej wina, bo pies przyszedł w takim stanie.
Wtedy zrozumiałam, że tego miejsca nie zmienię.
Dzisiaj patrzę na tę sytuację inaczej niż wtedy. Uważam, że odpowiedzialność ponosiły obie strony. Właścicielka została uprzedzona, że rozczesywanie będzie dla psa bardzo bolesne, a mimo to postawiła jego wygląd ponad dobrostan. Jednocześnie to groomer był specjalistą. To on miał wiedzę i doświadczenie. To on powinien potrafić powiedzieć „nie”, jeżeli oczekiwania klienta oznaczają niepotrzebne cierpienie zwierzęcia. Naszym zadaniem nie jest spełnianie każdej prośby. Naszym zadaniem jest podejmowanie odpowiedzialnych decyzji.
To właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę zaczęłam zastanawiać się, czy chcę wykonywać ten zawód. Dzisiaj wiem jednak, że nie zwątpiłam w grooming. Zwątpiłam jedynie w sposób, w jaki bardzo często jest wykonywany. Historia tego maltańczyka nie była dla mnie tylko trudnym wspomnieniem. Stała się początkiem wartości, na których zbudowałam Psiemiany.
Jestem dumna z miejsca, które wspólnie stworzyliśmy.
Celowo używam słowa „wspólnie”, bo Psiemiany nigdy nie były tylko moje.
Kiedy odchodziłam z pierwszego salonu, razem ze mną odeszła Vera. Nie musiałyśmy długo o tym rozmawiać. Obie czułyśmy, że chcemy pracować w miejscu, w którym dobro psa będzie ważniejsze od pośpiechu, a szacunek będzie należał się nie tylko zwierzętom, ale również ich opiekunom i ludziom, którzy ten salon tworzą. Z czasem dołączyła do nas również Iwona. Bardzo szybko okazało się, że patrzymy na ten zawód w podobny sposób i chcemy budować go na tych samych wartościach.
Od początku wiedziałam, że nie chcę stworzyć miejsca, które będzie działało tylko wtedy, gdy jestem w pracy. Chciałam stworzyć zespół ludzi, którym ufam na tyle, że każdego psa powierzyłabym z takim samym spokojem, jak gdybym sama miała go pielęgnować. To zaufanie jest dla mnie bezcenne. Wiem, że niezależnie od tego, która z nas prowadzi wizytę, dobro psa zawsze będzie najważniejsze.
Psiemiany tworzą również nasi klienci.
To oni przez wszystkie te lata pokazywali mi, że takie podejście ma sens. Że można zrezygnować z pośpiechu. Że dobro psa może być ważniejsze od perfekcyjnej fryzury. Że coraz więcej opiekunów szuka nie tylko dobrego groomera, ale przede wszystkim miejsca, w którym ich pies będzie czuł się bezpiecznie.
Myślę, że właśnie tego najbardziej potrzebują dzisiaj psy.
Żyją w świecie pełnym bodźców, hałasu, pośpiechu i nieustannych zmian. Chciałabym, żeby wizyta w Psiemianach była dla nich chwilą oddechu. Przewidywalnym miejscem, w którym nikt nie oczekuje od nich, że od pierwszej sekundy będą spokojne i idealnie współpracujące. Miejscem, w którym mają prawo się bać, a naszym zadaniem nie jest ten strach ignorować, lecz pomóc im przez niego przejść.
Bo właśnie po to powstały Psiemiany.
Nie po to, żeby być kolejnym salonem groomerskim. Po to, żeby pokazać, że pielęgnację psa można wykonywać z takim samym szacunkiem dla jego emocji, jak dla jego wyglądu.
